Publikacje książkowe

Rozstajne drogi. Nie ma powrotu do domu

   

Wydawnictwo "Prószyński Media" 2024

 

  Rozdział XVII

  Ksawery i Ludwika

 

 

 

      Ksawery i Ludwika szykowali się właśnie do pracy, kiedy przed dom zajechał zielonobury łazik. Chwilę później z samochodu wysiadło trzech umundurowanych mężczyzn, którzy bez pukania wtargnęli do środka. Dwóch z nich trzymało w rękach karabiny, a trzeci, prawdopodobnie dowódca grupy, uzbrojony jedynie w pistolet, objaśnił, że oboje mają trzy kwadranse na przygotowanie się do wyjazdu. Do pilnowania pakujących się małżonków dowódca pozostawił obu uzbrojonych sołdatów, a sam w towarzystwie kierowcy pojechał dalej. Ksawery nie był zaskoczony nagłą wizytą Sowietów, bo z informacji, jakie docierały do niego z różnych stron powiatu, można się było domyślić, że kilkoro nauczycieli z pobliskich szkół znalazło się na liście osób przeznaczonych do wywózki. Prawdopodobnie więc nazwisko jego i żony też widniało na tej liście. Mimo to niecodzienne okoliczności i ponury wygląd sołdatów sprawiły, że podczas pakowania trzęsły mu się ręce. W niecałą godzinę później pod dom zajechał duży ciężarowy samochód, w którym siedziała już znana Ludwice rodzina mieszkająca w sąsiedniej miejscowości.

 

Wszyscy w okolicy wiedzieli, że mąż młodej kobiety był kapitanem piechoty i wkrótce po wkroczeniu do Polski Sowietów został zatrzymany na terenie jednostki. Teraz żona kapitana i matka ich synka w czterdzieści minut spakowała dobytek i zgodnie z obietnicą, jaką usłyszała z ust politruka, była gotowa do drogi, na której końcu miało dojść do spotkania z mężem. Sowieci twierdzili, że w miejscu przeznaczenia kobieta i dziecko połączą się z ojcem rodziny i razem rozpoczną nowe życie, ale dokąd pojadą i gdzie to miałoby być, nikt nie chciał lub nie potrafił powiedzieć. Żaden z  żołnierzy pilnujących przygotowań do przymusowej relokacji prawdopodobnie nie wiedział, że polscy oficerowie zatrzymani we wrześniu tysiąc dziewięćset trzydziestego dziewiątego roku już nie żyją. Rozstrzelani w lesie katyńskim i kilku innych miejscach zapełnili swymi ciałami głębokie rowy, które wkrótce miała porosnąć trawa.

 

      W odróżnieniu od zaniepokojonej matki jej synek cieszył się z czekającej go podróży.

 

 – Jedziemy do taty – zakomunikował radośnie Ludwice sześcioletni blondynek, robiąc jej miejsce obok siebie na drewnianej ławce. – Do taty? To chyba dobrze… – Zmusiła się do uśmiechu, który nie tyle rozjaśnił jej twarz, ile raczej wykrzywił ją w dziwnym grymasie, ale to bynajmniej nie odstręczyło dziecka.

 

– A wy do kogo jedziecie? – zapytał rezolutny malec, nie otrzymał jednak odpowiedzi, bo matka, widząc przerażenie w oczach Ludwiki, skarciła synka i spróbowała zająć go rozmową.

 

– Dokąd jedziemy? – zapytała Ludwika przestraszonym szeptem, nachylając się do ucha męża, który siadłszy na podłodze ciężarówki, oparł głowę o jej kolana. Ksawery wzruszył ramionami i bezradnie rozłożył ręce.

 

 – Nie wiem – mruknął, delikatnie kręcąc głową. – A dzieci? – szepnęła.

 

 – Powinny być bezpieczne – odparł, wymownie spoglądając na siedzącego w pobliżu wartownika. Ludwika westchnęła i  wyprostowała się, żeby po raz ostatni spojrzeć na dom, w którym przez ostatnich dziesięć lat byli szczęśliwi. Ufała mężowi, jeżeli więc powiedział, że ich dzieci są bezpieczne, to prawdopodobnie tak było. Zarówno Zbyszek, jak i Marysia, podobnie zresztą jak Jurek, mieli komplet fałszywych dokumentów, bo Ksawery już wcześniej prosił Zbyszka, by się o nie postarał, i syn, choć nie bez trudności, wykonał jego polecenie. W przypadku deportacji Sowieci starali się wywozić całe rodziny, toteż prawdopodobieństwo, że będą chcieli odszukać dzieci, było duże. Kiedy więc podoficer NKWD zapytał o Marysię i Zbyszka, Ksawery głośno oznajmił, że oboje są w Poznaniu u dalszej rodziny i tej wersji się trzymali. Sowieckie łapy nie mogły sięgnąć poza ówczesne granice i podanie adresu w mieście znajdującym się na terenie niemieckiej jurysdykcji okazało się dobrym pomysłem. W każdym razie w tamtym momencie.

 

      Uczniowie ze szkoły, w której była zatrudniona Ludwika, szybko się zorientowali, że ich nauczycielce przydarzyło się coś złego, bo nigdy dotąd nie spóźniała się do pracy, a tego ranka nie pojawiła się na pierwszej lekcji. Idąc do szkoły, kilkoro dzieci widziało sunące po drodze wojskowe ciężarówki, toteż nie czekając na to, co stanie się dalej, przestraszone maluchy uciekły do rodziców. Tylko dwóch najstarszych i najodważniejszych chłopców zakradło się pod dom Ludwiki, by ukryć się pomiędzy wysokimi badylami zdziczałego jaśminu i głogu i obserwować, co się dzieje. Krążąc po mieszkaniu, Ksawery zauważył niewielki ruch w zaroślach i domyślił się, że prawdopodobnie ktoś tam jest, toteż udając, że szykuje do drogi teczkę z ważnymi dokumentami, skreślił kilka zdań na kartce i wyszedł z budynku „za potrzebą”. Przechodząc zaś obok krzaków, dyskretnie rzucił kartkę i poszedł dalej. W momencie gdy obaj pilnujący małżeństwa żołdacy byli odwróceni do dzieci tyłem, jeden z chłopców podczołgał się i schwyciwszy rzucony przez Ksawerego papier, ukrył go w dłoni. Na wierzchu złożonej we czworo kartki znajdowało się tylko jedno wyraźnie napisane słowo –„Paukszteliszki”.

 

     W końcu przed dom Ludwiki i Ksawerego podjechała duża ciężarówka, ale tego już chłopcy nie zobaczyli, bo w tym czasie biegli wzdłuż drogi prowadzącej ze Smołw do Turmontu, po czym skręciwszy w lewo, wspięli się na niewielki pagórek, na którym znajdował się dwór.