fragment zamieszczony w książce pt. "Opowiadania znalezione na plaży" wydanej przez LSW


Jutro

Nie poszedłem na angielski, bo musiałem przygotować wszystko jak należy. Za godzinę Jacek przyniesie Olę. Po drodze ze szkoły kupiłem mleko, które teraz postawiłem na gazie, żeby się zagotowało. Małe dzieci podobno piją dużo mleka. Na obiad dam jej zupę, bo Jacek mówił, że jego mama też gotuje Oli zupy. Akurat z wczorajszego obiadu zostało trochę grochowej. Miała być dla Wiktora, bo ja nie lubię grochówki, ale przecież Wiktor nie musi jeść zupy, a Olka musi bo nie ma jeszcze zębów i nie mogłaby pogryźć nic innego. Ojej coś śmierdzi!... Bardzo śmierdzi! Ktoś dzwoni, a tu coś śmierdzi. Muszę zobaczyć kto to. To znaczy kto dzwoni i co śmierdzi...Idę!

To był Jacek Przyszedł i przyniósł Olkę. Położył ją na wersalce i poszedł po torbę z ubraniami. Wózek zostawił na dole w schowku na rowery. Otworzyłem okno w kuchni, bo mleko wykipiało i spalił się cały garnek. Kuchenkę pokrywa teraz brązowa skorupa, a ja boję się myśleć co na to powie mama. Niestety nie mogę tego sprzątnąć, bo muszę zająć się moją nową siostrą.

Jaka ona jest ładna, uśmiecha się do mnie i gryzie swoją rączkę. Jacek przyniesie torbę i zaraz idzie do sklepu z zabawkami po samochód. Ma go kupić za pieniądze, które mu dałem za Olę. Sam zbierałem na taki samochód, a teraz będzie go miał Jacek... może czasem da mi się pobawić?...Ja przecież też czasem pozwolę pobawić mu się z Olą. Oczywiście jeżeli będzie chciał, ale nie wiem czy będzie chciał...Ola zaczyna płakać. Robi taką śmieszną podkówkę z buzi.
-Nie płacz, zaraz ci przygrzeję zupę.

Nie chciała jeść grochówki. Ona wcale nie umie trzymać łyżki więc musiałem jej pomagać, ale nie na wiele to się zdało. Rozwrzeszczała się tak, że mało mi uszy nie odpadły. Próbowałem nosić Olę na rękach, ale ona waży z pięćdziesiąt kilo, więc w końcu musiałem ją położyć. Właściwie to chciałem ją położyć, ale darła się coraz głośniej, więc nosiłem ją dalej, aż w końcu ręce odmówiły mi posłuszeństwa i mała zsunęła się na dywan. Leżała tak przez chwilę drąc się w niebogłosy, aż wreszcie przewróciła się na brzuch i zaczęła się czołgać w kierunku kabla od komputera.

Tego było już za wiele. Postanowiłem przynieść na górę wózek. Nie raz widziałem w parku jak matki huśtały w wózkach rozwrzeszczane dzieci, i takie huśtanie naprawdę pomagało. Nie pozostawało mi więc nic innego jak tylko zejść na dół, i wciągnąć wózek na trzecie piętro. Dręczył mnie teraz jedynie problem co przez ten czas zrobić z Olą. Na podłodze nie było bezpiecznie, a na wersalce też nie mogłem jej zostawić, bo mogłaby spaść. Najlepszym rozwiązaniem tak kłopotliwej sytuacji byłby kojec, ale ja na razie nie miałem kojca więc najbezpieczniejszym miejscem dla mojej ruchliwej siostrzyczki wydała mi się szafa. Opróżniłem z ubrań dolną półkę, położyłem na niej Olę i zamknąłem szafę na klucz, po czym zbiegłem na dół po wózek.

Wciągnięcie go na trzecie piętro nie było łatwe i strasznie się przy tym spociłem, ale za to wśród różnych rzeczy na dnie wózka znalazłem smoczek, który miał mi pomóc w uspokojeniu małej. Wyciągnąłem Olkę z szafy, włożyłem ją do wózka, a do buzi wcisnąłem różowy smoczek. Przez chwilę łapczywie obracała go wargami, po czym wypluła wrzeszcząc jeszcze głośniej niż do tej pory. Na szczęście wśród betów w wózku znalazłem butelkę z piciem, którą Jacek zapakował na drogę, i to stało się dla mnie chwilowym wybawieniem. Olka piła uszczęśliwiona i w tym czasie nie krzyknęła ani razu. Niestety jednak butelka była mała, i jej zawartość szybko znikła w brzuchu mojej nowej siostry, która już po chwili zaczęła od nowa wrzeszczeć.

Zrezygnowany usiadłem na krześle próbując bujaniem wózka uspokoić Olę. Niestety nie pomogło, musiałem więc dać jej do jedzenia coś, co nie byłoby zupą grochową, której najwyraźniej nie lubiła ( pewnie ma to po mnie). Na szczęście przypomniałem sobie o mleku. Wprawdzie jego większa część wykipiała i przylgnęła do kuchenki, ale coś jednak zostało w garnku i to właśnie mogło mnie teraz uratować. Ostatni raz mocno bujnąłem wózkiem i pobiegłem do kuchni, ale niestety pech tego dnia najwidoczniej postanowił mnie nie opuścić i większość znajdującego się w garnku mleka zamiast do wnętrza butelki trafiła na podłogę. Kuchnia wyglądała coraz gorzej. Resztki zupy pozasychały na blacie, część mleka pokrywała kuchenkę brunatnym kożuchem, a to co rozlałem na końcu utworzyło na podłodze całkiem sporą kałużę. Zrezygnowawszy z uspokajania małej, która na szczęście płakała coraz ciszej postanowiłem choć trochę poprawić wygląd kuchni. Walka z zaschniętymi plamami wydała mi się bezcelowa i z góry skazana na niepowodzenie, ale stan podłogi mogłem jeszcze polepszyć zmywając z niej mleczną kałużę. Z plastikowej butelki stojącej na stole nalałem do wiaderka odrobinę płynu, dolałem do pełna wody i zanurzyłem w niej mopa.

Wykonując energiczne ruchy starałem się zmyć mleczny zaciek, jednakże po dłuższej chwili stwierdziłem, że moja praca nie daje pożądanych efektów . Kafelki wyglądały zupełnie inaczej niż wtedy gdy myła je mama, i prawdę mówiąc wyglądały dużo gorzej.

Przez całą podłogę ciągnęły się lśniące smugi, które wcale nie miały zamiaru wysychać. Zajrzałem do wiaderka i zobaczyłem, że w wyniku płukania mopa woda zabarwiła się na brudnomleczny kolor, a na wierzchu utworzyły się błyszczące podobne do oczek w rosole kółka. Wygląd i dziwny zapach roztworu z wiaderka mocno mnie zastanowiły. Przez chwilę podejrzewałem, że to woda lecąca z naszego kranu jest aż tak zanieczyszczona, ale po chwili zrozumiałem, że za stan naszej kuchennej podłogi odpowiedzialne są nie miejskie wodociągi, ale płyn który nalałem do wiadra. Teraz, gdy z końca kuchni patrzyłem na małą żółtą butelkę stojącą na stole uświadomiłem sobie, że ani kształtem ani wielkością nie przypomina butli, z której mama zazwyczaj leje płyn do mycia.

Kiedy z niemałym trudem dobrnąłem do stołu, wywracając się trzy razy na śliskiej podłodze, przyjrzałem się dokładnie etykietce i przeczytałem zamieszczony na niej napis- "olej słonecznikowy". Mama wychodząc z domu nie zostawiała w kuchni na wierzchu tego, co powinno znajdować się w szafce, ale dzisiaj najwyraźniej był taki dzień, że wszystko wyglądało zupełnie inaczej niż zwykle.

W tej sytuacji nie miałem już po co dłużej siedzieć w kuchni. Podczołgałem się więc do szafki, na której zostawiłem butelkę z resztką mleka i postanowiłem wrócić do pokoju. Wsunąłem butelkę za pasek od spodni i ostrożnie odwróciłem się w stronę drzwi. Wolałem nie ryzykować przemierzania kuchennej podłogi na stojąco więc nie wstając z klęczek, kolano za kolanem przesuwałem się w kierunku wyjścia.

W mieszkaniu było cicho, Ola nie płakała, mogłem więc całkowicie skupić się na pokonywaniu niewielkiej choć bardzo śliskiej odległości. Kiedy jednak byłem już w połowie drogi, z mojego pokoju doleciał mnie straszny rumor, a w chwilę później okropny płacz Olki. Chciałem przyspieszyć swój marsz na kolanach zamieniając go w bieg na kolanach, ale niestety nogi rozjechały mi się zupełnie i wylądowałem na brzuchu z brodą opartą o podłogę . Ostatni odcinek drogi pokonałem czołgając się i niezbyt składnie poruszając wszystkimi czterema kończynami. Kiedy znalazłem się na korytarzu wstałem i pogalopowałem do mego pokoju gdzie z brzegu wersalki zwisała moja nowa siostra i znów darła się wniebogłosy. Na podłodze leżał przewrócony wózek, z którego mała musiała wypaść. Jakimś cudownym zbiegiem okoliczności wypadając z wózka trafiła na wersalkę, ale niestety w tym miejscu szczęście ją opuściło, gdyż wokół rączki owinął jej się kabel od lampki, która z każdą chwilą przesuwała się coraz bliżej brzegu nocnej szafki, tuż nad głową małej.

Jak tygrys skoczyłem w kierunku łóżka, by w ostatniej chwili zmienić tor lotu spadającej lampki. Udało mi się uratować Olę, od ciosu, ale nie udało mi się utrzymać równowagi i całym swoim ciężarem zwaliłem się na nią. Zaraz za mną spadła lampka uderzając mnie boleśnie w głowę. Trochę mnie nawet zamroczyło, ale wrzask Oli otrzeźwił mnie natychmiast.

Podniosłem się więc szybko z łóżka i przyjrzałem się dziecku. Na szczęście nie miała spłaszczonej czaszki czy chociażby zgiętego nosa. Wyglądała w miarę normalnie chociaż niezupełnie tak, jak poprzednio. Buzia Oli pokryta była białą cieczą która zgromadziła się w zagłębieniach oczodołów i w nosie. Początkowo myślałem, że pod wpływem mojego ciężaru coś z niej zaczęło wyciekać, ale po chwili widząc szybko ciemniejący siniak na jej policzku zrozumiałem, że to musiało być coś innego. Spojrzałem na łóżko i zaraz zrozumiałem co na buzi małej odcisnęło brzydką, siną pieczęć . Butelka którą wsadziłem sobie za pasek spodni, leżała sobie teraz spokojnie na środku wersalki z odrobiną mleka na dnie. Reszta mleka zalepiała nos i oczy dziewczynki.

Trzeba przyznać, że mała wyglądała nienajlepiej. Wprawdzie żóltobrązowe zacieki z grochówki wyschły już na jej ubraniu, ale nowe plamy z mleka nadawały mu wygląd wręcz okropny. Na dodatek wciągnąwszy głębiej powietrze uświadomiłem sobie, że Ola zaczyna śmierdzieć, a rodzaj zapachu wskazywał jednoznacznie na miejsce z którego mógł on się wydobywać. Tym miejscem była pielucha.

Powrót

"Oto ja"