fragment książki wydanej przez LSW


Pewien lipcowy dzień

Tego lata koniec czerwca i lipiec były bardzo upalne. Żar lał się z nieba, a moi rodzice nie mogli wziąć z pracy urlopu, żeby odwieźć mnie do dziadków. Co roku jechaliśmy tam razem i kilka dni spędzaliśmy całą rodziną, a potem ja zostawałem do końca sierpnia, kiedy przyjeżdżali, by zabrać mnie do domu.

Skończyłem właśnie pierwszą klasę i nie mogłem się doczekać kiedy wreszcie będę mógł cieszyć się pierwszymi w życiu wakacjami. Miałem już serdecznie dosyć spędzania czasu z naszą sąsiadką na spacerach w parku. Wiedziałem, że nie czeka mnie tam nic, poza nudą i upałem. Smutnie grzebałem więc łopatką w brudnym piasku podwórkowej piaskownicy wyobrażając sobie , że słyszę szum morskich fal.

Cały byłem jednym wielkim oczekiwaniem wyjazdu, i kiedy przyszedł wreszcie ten upragniony dzień od świtu siedziałem ubrany na łóżku gotowy do podróży.

Kiedy po kilku godzinach jazdy samochodem dotarliśmy wreszcie na miejsce, jak oszalały biegałem po całym domu i ogrodzie witając się po kilka razy ze wszystkimi sprzętami, i każdym najmniejszym zakątkiem.

Nie mogąc doczekać się kiedy dorośli przestaną wreszcie rozmawiać pobiegłem na łąkę, która ciągnęła się od domu do skraju lasu. W poprzednich latach często bawiłem się tam z dziećmi z sąsiedztwa. Tym razem jednak nie szukałem towarzystwa. Chciałem pobiegać i pohasać wśród kwiatów i ziół i sprawdzić czy leży tam nadal mój ulubiony, wielki spłaszczony na szczycie kamień . Zawsze chętnie przysiadałem na nim ilekroć nie miałem już siły biegać.

Trzy razy w szalonym pędzie okrążyłem łąkę zanim dopadłem mojego siedziska. Chwilę odpoczywałem ciężko dysząc i gładząc z lekka omszałą powierzchnię kamienia, aż wreszcie doszedłem do wniosku, że nie mam już ochoty więcej biegać. Zsunąłem się na ziemię, i ułożywszy się wygodnie na trawie oparłem głowę o kamień.

Było mi dobrze. Lubiłem tak leżeć przypatrując się życiu małych istot jakie tętniło wśród ziół i kwiatów, chociaż babcia zawsze złościła się, gdy nie leżałem na kocu. Teraz jednak na szczęście nie było ze mną babci, ani nikogo dorosłego kto stale powtarzałby mi co powinienem, a czego nie powinienem robić.

Leżałem więc sobie spokojnie przypatrując się maszerującym robaczkom, gdy nagle usłyszałem cienki, ale wystarczająco donośny głosik: - Hej ty, co się tak gapisz? Pomógłbyś trochę!

Podniosłem się nieco opierając na przedramieniu, ale nie zauważyłem nikogo, kto mógłby wypowiedzieć te słowa. Na łące byłem całkowicie sam, a w pobliżu nie rosło żadne drzewo w którego konarach mógłby się ukryć właściciel cienkiego głosiku.

Opadłem na ziemię przekonany, że coś mi się przesłyszało i na nowo zająłem się obserwacją traw.
-Nie gap się tak bez sensu. Nie możesz wziąć tej gałęzi? Ja muszę wrócić po jagodę.
Tym razem nie podniosłem się tylko zbliżyłem twarz do ziemi. Na liściu babki lancetowatej stała duża czarna mrówka podtrzymująca sporej wielkości patyczek.
-Ty, ty do ciebie mówię- zapiszczała znowu machając do mnie przednią łapką.
Patrząc na mrówkę w osłupieniu wybąkałem z głupia miną- Do mnie?
-Tak, mógłbyś pomóc mi trochę? Dla ciebie to chwila, a ja do lasu muszę maszerować pół dnia- W tym momencie rezolutny owad zrobił gest jakby chciał otrzeć pot z czoła.
-Co mam zrobić? - Zapytałem wreszcie.
-Bierz gałąź i zanieś ją za krzak dzikiej róży. Budujemy tam nowe mrowisko.. Ja pędzę po jagodę, którą zostawiłam na skraju lasu.

Mrówka nie mówiąc nic więcej podreptała w stronę lasu, a ja podniosłem gałązkę i zaniosłem ją za krzak dzikiej róży, gdzie uwijało się całe stadko czarnych mrówek. Pracowały w skupieniu przebierając szybko łapkami. Zobaczyłem niewielką stertę i położyłem na niej przyniesioną gałązkę. W tym momencie mrówka pracująca na samym szczycie kopczyka przy układaniu chrustu, spojrzała na mnie i powiedziała wyraźnie- Dziękuję, przynieś jeszcze kilka. Już późno, a przed nocą musimy zrobić jeszcze dwa korytarze.

Oniemiałem po raz drugi. Wszystko wskazywało na to, ze trafiłem na łąkę gadających mrówek. Nie słyszałem nigdy wcześniej o takim zjawisku. Babcia mówiła mi wprawdzie, że w Noc Wigilijną zwierzęta mówią ludzkim głosem, ale nie wspominała nic o mrówkach. Poza tym był początek lipca, a nie grudzień.

Stałem patrząc na krzątające się w pośpiechu mrówki i zrozumiałem po chwili sens ich prośby. Naprawdę mogłem im bardzo pomóc nie męcząc się przy tym ani trochę. Ruszyłem więc w stronę lasu i w ciągu kwadransa przyniosłem tyle patyczków i jagód, ile ta cała armia niosłaby przez dwa lata. Kiedy szósty raz wróciłem niosąc wiązkę patyczków i garść czarnych jagód zauważyłem, że w najbliższym otoczeniu mrowiska coś się zmieniło. Ustał wszelki ruch.

Mrówki nie pracowały. Niektóre stały lub siedziały, inne leżały na grzbietach grzejąc ciałka w ostatnich promieniach zachodzącego słońca.

Widząc ten niecodzienny obrazek usiadłem obok sterty przyniesionych przeze mnie patyczków, i igieł sosnowych i patrzyłem z niedowierzaniem na leniuchujące mrówki. W pewnej chwili poczułem mocne ukłucie w bok stopy. Złapałem się za bolące miejsce i zorientowałem się, że na skarpetce widocznej w szparze sandała pojawiła się krew. Chcąc sprawdzić o co się skaleczyłem pochyliłem głowę nad ziemią pilnie obserwując ten jej fragment na którym trzymałem stopę, po czym z niemałym zdumieniem zrozumiałem, ze zaraz zostanę ukłuty po raz drugi.

Cofnąłem nogę i przyjrzałem się napastnikom. Zastęp sześciu mrówek dźwigając niby lancę ostro zakończoną morską trawę, ponaglany przez wielką czarną mrówkę szykował się właśnie do kolejnego natarcia . Celem najwidoczniej miała być moja lewa stopa. Przesunąłem nogę jeszcze dalej i pochyliłem się do przodu.
-Hej, co robicie?!- zawołałem wzburzony.
-Co robimy?- odkrzyknęła wielka mrówa, która jak przypuszczałem była królową mrowiska.- To bardziej ciekawe co ty tu robisz? Po co wtrącasz się w nie swoje sprawy? - dodała po chwili. Uciekaj skąd przyszedłeś, i zabieraj ten chrust- powiedziała stanowczo wskazując łapką na stertę przyniesionych przeze mnie patyków i igieł.- Nie widzisz co narobiłeś? Mrówki próżnują, rozłażą się po lesie. Jeszcze trochę i zaczną obrastać w tłuszcz!
Zaskoczony jej pretensjami patrzyłem chwilę na królową, po czym uważnie przyjrzałem się temu co działo się na placyku przed mrowiskiem. Musiałem przyznać, że królowa miała rację. Tylko kilka mrówek po dawnemu krzątało się przy budowie wspólnego domu- reszta nic nie robiła.
-Ja tylko chciałem pomóc- wybąkałem cicho czując się jak prawdziwy winowajca.- Taka mała prosiła mnie żebym przyniósł tu kilka patyków.

Powrót

"Opowiadania znalezione na plaży"