fragment książki wydanej przez Wydawnictwo Skrzat

Marta czekała na Olę przed szkolnym budynkiem. Po lekcjach szybko ubrała się i wyszła z szatni specjalnie po to żeby popatrzeć jak Julka spotyka się z Robertem. Miał po nią dzisiaj przyjść i Julka od dwóch godzin nie mówiła o niczym innym. Robert wstępował czasem po nią wracając ze szkoły, i Marta miała nadzieję, że może będzie z nim Marek, ale niestety Robert czekał sam. Teraz oddalali się oboje z Julką trzymając się za ręce.

Marek widocznie poszedł inną drogą, a może nie chciał im przeszkadzać...
-Szkoda ! - westchnęła dziewczynka odwracając się w stronę budynku z którego właśnie wychodziła Ola.
-O co ci właściwie chodziło z tymi butami Kariny?- zapytała Marta kiedy Olka znalazła się już obok niej. Ola spojrzała na nią kątem oka i wzruszyła ramionami.
-Mnie? O nic mi nie chodziło. To Julka się do nich przyczepiła. Wiesz jaka ona jest. Lubi czasem powiedzieć coś złośliwego... Marta wzruszyła ramionami i po krótkim namyśle powiedziała - Właściwie nie wiem dlaczego, przecież to zwykłe adidasy, nie były wcale takie złe!
-Nie wiem, prawie ich nie widziałam. To Julka mówiła, że są beznadziejne, a zresztą wszystko co nosi Karina jest okropne. Nie rozumiem dlaczego tak jej bronisz? Marta zwolniła kroku i popatrzyła na Olę.
- Ja jej bronię? Chyba oszalałaś! Powiedziałam tylko swoje zdanie...
- To powiedz to Julce. Ona jej najbardziej dokucza. Marta przyspieszyła kroku..
- Wydawało mi się, że to ty mówiłaś o szmateksie...
-Oj nie wiem, może ja... jakie to zresztą ma znaczenie...- powiedziała Ola wzruszając ramionami.- Nic się przecież takiego nie stało...
-Wydawało mi się, że Karina się poryczała...- powiedziała cicho Marta.
- Nie sądzę, ona sobie nic nie robi z żartów Julki...
- Może masz rację...

Szła przed siebie nie oglądając się na koleżankę. Nie chciała przedłużać rozmowy ,a właściwie zamierzała ją jak najszybciej skończyć i pożegnać się z Olą. Dwa dni temu o tej porze zadzwonił do niej Marek, i teraz miała nadzieję, że być może dzisiaj odezwie się znowu. Wolała być wtedy sama, a już na pewno nie w towarzystwie Olki, której nieodwzajemniona miłość do Marka nie była dla nikogo tajemnicą.

Zanim więc doszły do przystanku autobusowego Marta zatrzymała się na chwilę udając, że nagle sobie o czymś przypomniała.
-O rany, ale mam sklerozę!- wykrzyknęła stukając się dłonią w czoło.
-Co się stało zapomniałaś czegoś?- zapytała Olka patrząc na koleżankę.
-Miałam podjechać do ciotki, po książkę dla mamy!
-Daleko ciotka mieszka?
- Dwa przystanki stąd, w tamtą stronę - powiedziała wskazując przeciwny kierunek od tego w którym mieszkały.
- Mogę pojechać z tobą - zaoferowała Ola. ale Marta gwałtownie pokręciła głową.
- To nie ma żadnego sensu, a zresztą ciotka zechce ze mną pogadać, a ty byś się tylko nudziła. Jedź do domu, cześć. Spotkamy się jutro!- powiedziała Marta i zawróciła w kierunku szkoły. Kiedy tylko odeszła kilka kroków, usłyszała dobywający się z jej kieszeni dzwonek telefonu. Szybko sięgnęła po słuchawkę i spojrzała na ekran. To był Marek. Pospiesznie oceniła odległość jaka dzieli ją od Olki i odeszła jeszcze kilka kroków. Teraz mogła już swobodnie rozmawiać.

Rozdział. VI

Karina weszła do kuchni i z niechęcią popatrzyła na swoje śniadanie. Znowu biały ser. Od kiedy mogła to sobie przypomnieć nie znosiła białego sera, i nie raz o tym mówiła, ale mama jakby jej nie słyszała przynajmniej dwa razy w tygodniu uparcie szykowała na śniadanie kanapki właśnie z białym serem.

Tyle razy prowadziły dyskusję na ten temat , że teraz Karina po prostu nie miała już na to ochoty. Na nic zresztą nie miała ochoty tego dnia, w którym jak sądziła znów nic dobrego nie mogło jej spotkać.
-Nie chce mi się iść do szkoły- oznajmiła sięgając po kubek z herbatą. Matka westchnęła głęboko i powiedziała- Codziennie to mówisz, i mam już tego dosyć. Postaraj się choć raz oszczędzić mi tej informacji. Dobrze?
-Dobrze, jutro się nie odezwę- powiedziała Karina podnosząc się z krzesła.
-Zaraz , a śniadanie? - zapytała matka.
-Nie mogę nic jeść- oznajmiła Karina- mam zaciśnięty żołądek.
-Musisz zjeść śniadanie- powiedziała matka stanowczo.
-Dobrze zjem, ale najpierw pójdę do łazienki. plecak. Po cichu założyła buty i kurtkę i ruszyła w kierunku drzwi. Udało jej się je otworzyć bez najmniejszego szmeru. W chwilę później była już na schodach. Zbiegła szybko na dół i równie szybko wyszła z klatki schodowej. Idąc przez podwórko tylko raz spojrzała w kierunku okien ich mieszkania .

Mama zajęta zmywaniem najwyraźniej jeszcze nie zauważyła, że Karina wyszła z domu.

Powrót

"Karina"